Strona główna

Jest 16 sierpnia i dokuczają mi wrzody.


Dziś było rigatoni z pieczarkami, papryką i oliwkami. Okazuje się, że na ten moment czekałam od chwili, gdy o 6 rano zadzwonił budzik w telefonie. Trzydzieści ciągnących się w nieskończoność minut starałam się wyjść spod kołdry i nabrać odwagi żeby bosą stopą dotknąć starego parkietu obłażącego z lakieru. Pod prysznicem za wolno odzyskuję świadomość. W zaparowanym lustrze mam nieskazitelną cerę i nie widać pryszczy, które przyszły do mnie razem z okresem, co o poranku potrafi podnieść na duchu. Mam jeszcze mnóstwo czasu. Balsam ujędrniający na nogi, antycelulitowy roll-on na uda, krem przeciw rozstępom na pośladki, balsam nawilżający na brzuch, krem pielęgnacyjny na biust i dekolt, krem uszczęśliwiający skórę twarzy, serum wygładzające pod oczy, płynny jedwab na włosy, krem intensywnie nawilżający do stóp i jeszcze tylko krem przeciw starzeniu się skóry do rąk. A za kilka godzin, kiedy pani w banku wyliczy mi średnie miesięczne wynagrodzenie netto za ostatnie 12 miesięcy uczciwej pracy mama naiwnie zapyta: "Chryste, na co ty wydajesz tyle pieniędzy?". Zajrzyj do mojej łazienki mamo. A później zajrzyj jeszcze do lodówki.
W kuchni stawiam dzbanek z kawą na palniku kuchenki gazowej. Całe moje mikromieszkanie wypełnia zapach kawy, która za kilka minut wykipi na białą powierzchnie szorowaną zaledwie wczoraj specjalnymi preparatami przywracającymi blask i śnieżną biel. Przelewam kawę do kubka, dodaję mleka. Tak, pamiętam doskonale jak mówiłam, że kawa po to jest gorzka i czarna żeby taką ją pić. Cóż, widać życie to dynamiczny proces. Niedługo pewnie zacznę słodzić.
Odcinam zawiniątko z gazy, w którym od 24 godzin odsącza się jogurt bez tłuszczu i cukru. Teraz będzie udawał grecki. Pakuję do pojemniczka, dociskam wieczko, wkładam do torebki, dorzucam pomidory, gałązkę bazylii - będzie na śniadanie. Do diety podejście nr 2389282.
Mam coraz mniej czasu żeby wyprasować spodnie, dopasować koszulę do marynarki, a do wszystkiego dobrać płaskie buty, bo mam okres i taki sobie robię prezent, że dam odpocząć chociaż nogom. Teraz dobieram kolor cienia do powiek, stonowaną szminkę, włosy osuszam i ciasno upinam z tyłu głowy. Nigdy nie układają się po weekendzie i przed randką. Rządzi tym pewnie ta sama reguła, która w arcyważnych momentach, kiedy chcę błysnąć blokuje moją pamięć do tego stopnia, że z pamięci cytować mogę jedynie Brzechwę.
Jest 8.10, a poranne zadania mam zrealizowane w 99%. Biżuterię i paski wrzucam do kieszeni torby - założę w windzie albo w autobusie albo w drodze przez park albo w firmowej toalecie, tam gdzie poprawię szminkę i zetrę nadmiar różu z policzków. Płynący czas stawia mnie przed trudnym wyborem: usiąść i w spokoju wypić kawę, wypalić papierosa, sprawdzić pocztę, a do pracy dojechać na ostatnią chwilę taksówką, czy odmówić sobie drobnych porannych przyjemności w imię samodyscyplinowania się i jechać autobusem linii 57. Kawę wylewam do zlewu (kurwa, a dopiero go wyszorowałam!) i jedną ręką przekręcając klucz w drzwiach drugą wzywam windę. 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1 i parter. Nie zacięła się.
Posiadam silną wiarę w moc muzyki, więc w autobusie słucham beach boysów, jednak cztery przystanki przy czterech szpitalach na trasie do pracy jakoś nie pozwalają uwierzyć, że to aruba czy dżamejka. Ledwie niespóźniona przekraczam próg biura i stoję w kuchni. Na patelni smażą się pieczarki z papryką, w garnku bulgocze woda, w której podskakuje makaron, a oliwa powolutku spływa z zielonych liści sałaty na talerzu. Osiem godzin ciężkiej pracy znika w otchłani niepamięci i ignorancji. Milion telefonów, setki maili i dziesiątki wizyt zostały w tym biurze przy głównej ulicy, a ze mną w fotelu siedzi lekka głowa generująca 200 najpilniejszych zajęć, którymi mogę się zająć zamiast tracić czas na pisanie pracy magisterskiej. Ja, talerz makaronu z warzywami i te kilka godzin wieczoru zanim zasnę to najdoskonalszy zestaw na świecie. Nie włączam nawet muzyki żeby tego nie psuła.
Poleżę na twardej podłodze, popatrzę w sufit i będzie się działo to najspokojniejsze nic na świecie.
Just as good as it gets.


catatonia 2006-08-16 21:29:31
skomentuj (1)